Vena festival - Pilichowski Band Michał Moroz
Brawa dla tych panów (i jednej pani), którzy dali popis wirtuozerii instrumentalnej na wszystkim, co przynieśli. Brawa dla nich, za brak nudy i sztampowości chociaż przez chwilę. Brawa w końcu za niezwykle ciekawe wersje znanych motywów jazzowych. I najprawdopodobniej - największe brawa za pokazywanie się tak świeżo i młodo już po raz n-setny.
Z okazji festiwalu Vena miałem okazję ich posłuchać na żywo, co teraz wielce sobie chwalę. Dzięki organizatorom, nie dość, że mogłem ich posłuchać na żywo, to jeszcze za darmo. I wiem, że następnym razem też przyjdę, nawet, jeśli koszty będą względnie wysokie. Ta grupa jest tego warta.
A jak to wyglądało? Niezwykle prosto - wstęp, czyli przygrywka, aby słuchający zapoznał się z motywem. Następnie, gdy już zna go na tyle, że mógłby go rozpoznać, rozpoczyna się to, co tygryski lubią najbardziej - kilkuminutowe solo jednego z członków grupy. Potem oklaski, pół minuty głównego motywu, aby nieco zharmonizować zespół i kolejna osoba rozpoczyna swoją partię. I tak, około dziesięć utworów zajęło prawie dwie godziny.
Moja reakcja była przewidywalna - oczy jak złotówki, banan na gębie i bujanie się w takt.
Przelicznik piwny (tyle trzeba wypić, aby znieść tą muzykę) - wielkie zero; nul; nic.
Z całego serca polecam wszystkim, bo dawno nie słyszałem takiego zacnego występu na żywo.
Proponuję także zapoznanie się z planem imprezy; dzisiejszy koncert nie był ostatnim.